Są sprawy, które nie zaczynają się od krzyku.
Nie ma momentu, w którym ktoś coś widzi i może powiedzieć: „to wydarzyło się właśnie teraz”. Nie ma nagrania, nie ma świadka, nie ma jednego, konkretnego punktu, od którego wszystko można odtworzyć krok po kroku. Jest za to coś znacznie trudniejszego do zniesienia — cisza. Cisza po człowieku, który jeszcze chwilę wcześniej funkcjonował normalnie, miał swoje plany, swoją codzienność, swoje życie. A potem… po prostu przestaje być obecny.
W takich momentach zaczyna się proces, który nie ma nic wspólnego z procedurą karną. To proces, który dzieje się w głowach ludzi. Bo brak odpowiedzi jest czymś, czego nie potrafimy zaakceptować. Nie lubimy nie wiedzieć. Nie lubimy nie rozumieć. Nie lubimy zostawiać historii otwartych. I dlatego bardzo szybko zaczynamy robić coś, co wydaje się naturalne — próbujemy tę historię zamknąć sami.
Łączymy fakty. Dopowiadamy brakujące elementy. Budujemy wersję wydarzeń, która „ma sens”. I w pewnym momencie ta wersja przestaje być jedną z możliwości, a zaczyna być traktowana jak prawda. Pojawia się przekonanie. Pojawia się pewność. Pojawia się coś, co w rzeczywistości nie ma jeszcze żadnego oparcia w dowodach, ale w odbiorze społecznym zaczyna funkcjonować jak fakt.
I właśnie w tym miejscu pojawia się ogromna przepaść między tym, jak myślą ludzie… a tym, jak działa prawo.
Bo prawo nie działa na przekonaniach.
Prawo działa na dowodach.
A dokładniej — na tym, co można udowodnić.
To jest moment, w którym wchodzimy w temat procesu poszlakowego. Temat, który bardzo często pojawia się w takich sprawach, ale równie często jest całkowicie źle rozumiany. Bo kiedy słyszymy słowo „poszlaki”, mamy tendencję do traktowania ich jako czegoś słabszego, mniej pewnego, mniej istotnego. Jakby to były jakieś „resztki dowodów”, które próbują zastąpić coś ważniejszego.
Tylko że to nie działa w ten sposób.
Proces poszlakowy nie polega na tym, że mamy jeden mocny dowód i kilka słabszych dodatków. On polega na czymś zupełnie innym. Na budowaniu całości z elementów, które same w sobie nie pokazują zdarzenia, ale prowadzą do niego krok po kroku. To jest układanie historii z fragmentów. Z rzeczy, które zostały. Z rzeczy, które ktoś widział, zapamiętał, zarejestrował. Z rzeczy, które można odtworzyć.
Problem polega na tym, że taka historia musi spełniać warunek, który zmienia wszystko.
Musi być jedyna.
Nie najbardziej prawdopodobna. Nie „najlepiej pasująca”. Jedyna możliwa. To znaczy taka, która nie zostawia miejsca na żadną inną wersję wydarzeń. Bo jeśli istnieje choć jedna alternatywa, która jest logiczna i możliwa do obrony — pojawia się wątpliwość. A wątpliwość w prawie działa zawsze na korzyść osoby, której sprawa dotyczy.
I właśnie tutaj zaczyna się coś, co bardzo często umyka w publicznych dyskusjach. My, jako odbiorcy, bardzo szybko dochodzimy do momentu „to się układa”. Widzimy kilka elementów, łączymy je i mamy poczucie, że historia zaczyna mieć sens. Tylko że „to się układa” nie jest kategorią prawną. To jest intuicja. A intuicja nie jest dowodem.
Dowodem jest dopiero sytuacja, w której można powiedzieć: „nie ma żadnego innego logicznego wyjaśnienia”. I to jest poziom, do którego proces poszlakowy musi dojść, żeby w ogóle miał szansę się utrzymać.
Tymczasem nasze myślenie działa zupełnie inaczej. Kiedy raz przyjmiemy jakąś wersję wydarzeń, zaczynamy widzieć tylko to, co ją potwierdza. To naturalny mechanizm. Wybieramy informacje, które pasują do naszego przekonania, a ignorujemy te, które je podważają. Do tego dochodzi potrzeba narracji. Potrzeba zamknięcia historii. Potrzeba znalezienia odpowiedzi na pytanie „dlaczego”.
I w pewnym momencie dzieje się coś bardzo charakterystycznego. Historia zaczyna być powtarzana. W komentarzach, w rozmowach, w materiałach. A im częściej coś słyszymy, tym bardziej wydaje się to prawdziwe. Nawet jeśli nie ma na to żadnego dowodu. Wystarczy powtarzalność.
W ten sposób powstaje coś, co można nazwać internetowym wyrokiem. Wyrokiem bez sądu, bez procedury, bez odpowiedzialności. Wyrokiem opartym na przekonaniu, a nie na dowodzie.
I dokładnie w takim miejscu znajduje się dziś sprawa Beata Klimek,
Zwykły poranek. Odprowadzenie dzieci. Plan dnia, który nie zapowiada niczego nadzwyczajnego. I nagle wszystko się urywa. Telefon milknie. Kontakt się kończy. Pojawia się luka, której nie da się wypełnić jednym dowodem. Luka, którą trzeba odtworzyć z fragmentów.
Zaczyna się śledztwo. Pojawiają się działania, przeszukania, kolejne czynności. I równolegle zaczyna się coś jeszcze — narracja. W przestrzeni publicznej pojawiają się różne interpretacje, różne wersje wydarzeń, różne przekonania. Bardzo szybko pojawiają się też konkretne wskazania, konkretne nazwiska, konkretne osądy.
Tylko że jest jedna rzecz, którą trzeba powiedzieć jasno i bez żadnych niedopowiedzeń.
Na dziś nie ma publicznie potwierdzonych zarzutów w sprawie zaginięcia.
I to jest fakt.
Wszystko inne — to interpretacje.
To nie znaczy, że śledztwo stoi w miejscu. To nie znaczy, że nic się nie dzieje. Wręcz przeciwnie — oznacza, że sprawa jest w trakcie. Że jest analizowana. Że są sprawdzane różne wersje. A to jest ogromna różnica.
Bo między „sprawdzamy różne możliwości” a „wykluczyliśmy wszystkie inne” jest przepaść. A właśnie to drugie jest warunkiem procesu poszlakowego.
I tu dochodzimy do najważniejszego pytania.
Czy to, co wiemy na dziś, wystarcza, żeby mówić o procesie poszlakowym?
Uczciwa odpowiedź brzmi: nie wiemy.
Nie dlatego, że nic nie ma. Tylko dlatego, że nie widzimy całości. A proces poszlakowy nie działa na fragmentach. Działa na pełnym obrazie, który musi być spójny, zamknięty i pozbawiony alternatyw.
To oznacza, że równie możliwe są dwa scenariusze. Że z czasem pojawią się dowody, które pozwolą zbudować taki łańcuch. Albo że ten łańcuch nigdy nie zostanie domknięty.
I to jest coś, co bardzo trudno zaakceptować. Bo jako ludzie chcemy odpowiedzi. Chcemy zakończenia. Chcemy wiedzieć, co się wydarzyło.
Ale prawo nie działa na potrzebie odpowiedzi.
Prawo działa na granicy dowodu.
I czasami ta granica oznacza jedno.
Że nie wszystko da się udowodnić.
I że najuczciwszą odpowiedzią, jaką można wt
edy dać… jest po prostu:
nie wiemy.
Lya