Są sprawy, które nigdy się nie kończą. Nie dlatego, że nie zapadł wyrok. Nie dlatego, że czegoś nie ustalono. Tylko dlatego, że po latach ktoś próbuje je opowiedzieć na nowo. I sprawa butiku Ultimo jest właśnie jedną z takich historii. Historią, która zaczęła się w grudniu 1997 roku, kiedy doszło do tragedii — człowiek zginął, druga osoba cudem przeżyła — i która przez kolejne lata była analizowana, rozkładana na czynniki pierwsze, oceniana przez sądy, przez biegłych, przez ludzi, którzy mieli dostęp do materiału dowodowego. To nie była sprawa jednego dnia. To nie była jedna decyzja. To był proces, który trwał latami. Były uniewinnienia. Były uchylenia wyroków. Były kolejne procesy. I w końcu zapadł wyrok skazujący.
Można by pomyśleć, że to jest moment, w którym historia się kończy. Że wszystko zostało powiedziane. Że wszystko zostało ocenione. Ale nie. Bo po latach ta sprawa zaczyna żyć drugim życiem. Zaczyna pojawiać się w mediach, w podcastach, w wywiadach. I zaczyna być opowiadana na nowo. Tylko że to już nie jest ta sama historia.
Z jednej strony mamy to, co wynika z przebiegu sprawy — chronologię zdarzeń, zeznania świadków, opinie biegłych, decyzje sądów. A z drugiej strony pojawia się narracja. Opowieść. Wersja wydarzeń, w której pewne rzeczy znikają, inne się zmieniają, a jeszcze inne nabierają zupełnie nowego znaczenia. I w pewnym momencie zaczyna się dziać coś bardzo niepokojącego — te dwie wersje tej samej historii przestają się ze sobą pokrywać.
Kiedy zaczynasz się temu przyglądać bliżej, widzisz, że to nie są drobne różnice. To nie są niuanse. To są rzeczy fundamentalne. Takie, które dotyczą podstawowych elementów tej sprawy. I im dalej w to wchodzisz, tym bardziej widzisz, że to już nie jest kwestia interpretacji. To jest kwestia tego, że coś się po prostu nie zgadza.
Momentem, który szczególnie to uwidacznia, jest sięgnięcie po książki. Bo tu nagle okazuje się, że ta sama historia może zostać opowiedziana na dwa zupełnie różne sposoby. Z jednej strony mamy książkę Olgi Hering „Tajemnica zbrodni w butiku Ultimo”, która próbuje odtworzyć przebieg wydarzeń, uporządkować fakty, pokazać chronologię, zestawić ze sobą różne elementy tej sprawy. A z drugiej strony mamy książkę napisaną przez Beatę Pasik wspólnie z redaktorem Głuszakiem — książkę, w której pojawia się zupełnie inna opowieść.
Opowieść o kobiecie niewinnej. O osobie, która została wciągnięta w coś, czego nie zrobiła. O kimś, kto padł ofiarą systemu, sytuacji, ludzi. I kiedy zaczynasz to czytać, kiedy zaczynasz tego słuchać, zaczynasz widzieć pewien schemat. Bo to nie jest jedna wypowiedź. To nie jest jeden fragment. To jest konsekwentnie budowana narracja. Narracja, która pojawia się wcześniej — w listach, w wypowiedziach — i później jest rozwijana w książce, w mediach, w rozmowach.
I wtedy pojawia się pytanie, którego nie da się już uniknąć. Co jest bliżej prawdy — to, co wynika z akt sprawy, czy to, co jest opowiadane dzisiaj?
Bo każdy ma prawo mówić. Każdy ma prawo do swojej wersji wydarzeń. Ale jest jedna granica, której nie powinno się przekraczać. Granica faktów. Bo można mieć swoją narrację. Można mieć swoje emocje. Można mieć swoją perspektywę. Ale nie można mieć swoich faktów.
I w tym wszystkim jest jeszcze jedna rzecz, która dla mnie jest najtrudniejsza. Bo w tej historii jest osoba, która przeżyła. Osoba, która od początku mówi jedną, spójną wersję wydarzeń. Osoba, która nie zmienia swojej historii, nie dostosowuje jej, nie buduje wokół niej narracji. I dzisiaj to ona musi patrzeć, jak to wszystko wraca. Jak jej doświadczenie jest analizowane na nowo. Jak ktoś próbuje opowiedzieć tę historię inaczej.
I to jest moment, w którym trzeba się zatrzymać. Bo można analizować sprawy. Można zadawać pytania. Można rozmawiać. Ale nie można zapominać, że za tym wszystkim stoją ludzie. Prawdziwi ludzie. I prawdziwe wydarzenia.
Bo są historie, które można interpretować na różne sposoby. Ale są też takie, których nie powinno się przepisywać.
Lya